Zmiany. Napędzają mnie i pozwalają za każdą z nich w jakiś sposób na nowo spojrzeć na to, co robię.
Tym razem zmieniłam mieszkanie.
Poszukiwania - choć może nie najintensywniejsze - fajnego mieszkania w Warszawie zajęły mi prawie rok. Oglądałam sporo mieszkań i przerażało mnie to, co ludzie proponują do wynajęcia.
Ale w końcu udało się. 10 minut spacerem do pracy, którą widzę zresztą z okien swojego pokoju.
Ale widzę nie tylko swoją pracę.
Mieszkam teraz na 10tym piętrze we wieżowcu. I mam niczym nie przysłonięty widok na całą lewobrzeżną Warszawę! Staję czasem na balkonie i się przyglądam - a jest czemu!
Niedawno przeczytałam bardzo fajne zdanie - że na to miasto trzeba patrzeć z góry. Wtedy widać jego zamysł, swoisty ład. Poza tym znika wówczas brud czy nieporządek.
Absolutnie się z tym zgadzam. To miasto, widziane z pół-lotu ptaka (bo w końcu dziesiąte piętro to nie jest szczyt możliwości, jakie oferuje Warszawa), daje mi poczucie przestrzeni, swobody. Tego, czego potrzebuję.
15 września 2008.
Upadek banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Początek najpoważniejszego kryzysu gospodarczego od 70ciu lat.
***
15 września 2008.
Przeprowadzka do Warszawy i początek najważniejszej przygody w moim życiu, realizacji marzeń i życiowych planów.
***
Najlepszy dowód na to, jak bardzo różne oblicza może mieć jeden, ten sam rok.
Lubię reportaże i książki o wyprawach w niezbadane. Przede wszystkim dlatego, że pokazują, że ktoś odważył się zrealizować również moje marzenia, na ucieleśnienie których zapewne zabraknie mi odwagi.
Ciekawość świata i ludzi, którzy dostosowują się do otaczających ich warunków tam, gdzie zostali rzuceni, umiejętność dotarcia do nich i zdobycia ich zaufania, chęć nie wyróżniania się z tłumu, bystre oko i wytężone ucho, no i odwaga właśnie, by ruszyć w nieznane. Zimą, z Warszawy do Władywostoku, przerobionym na możliwie niezawodny samochód UAZem, po to, by rozmawiać z Rosjanami, poznawać ich niebywałe historie, problemy z którymi się zmagają, odkrywać iluzje, które pozwalają im żyć lub próbować zrozumieć, że życie bez złudzeń jest bezpieczniejsze, niż zawaracanie sobie głowy nadzieją na jakąkolwiek zmianę.
Opowieść niezwykła, wstrząsająca, odkrywająca chyba wszystkie barwy sowietyzmu i spustoszenia, które po sobie pozostawił.
"Biała gorączka", Jacek Hugo-Bader. Numer jeden na liście książek, jakie w tym roku wpadły mi w ręce.
skomentuj (1)
Są takie dni, kiedy zmęczenie psychiczne jest tak duże, że człowiek nawet nie ma pomysłu na to, jak się zrelaksować. Czasem pomaga wysiłek fizyczny. Ale czasem nie ma się siły na to, żeby się zmęczyć.
Dzisiejsze odkrycie - Chopin! Chyba żadna inna muzyka nie przywróciła mi równowagi tak szybko, jak mazurki i polonezy Chopina. Nie liryczny Nohavica, nie ekspresyjny Wysocki, nie doskonale znany Kaczmarski. Nawet nie Thom Yorke, który zawsze pasuje na stan "nie wiem jaki mam nastrój". Ale właśnie Chopin. I ukochany przeze mnie Polonez As-dur.
Zapisane. Zapamiętane.
...po festiwalu, znaczy się :)
Ann zmotywowała mnie do napisania kilku zdań podsumowania wydarzeń w Kołobrzegu. Wybaczcie, jeśli nie będziecie czegoś do końca rozumieć - tę notkę piszę właściwie do Ani, ale postaram się napisać ją tak, żeby była ogólnie przystępna...
To była najfajniejsza Nadzieja, na jakiej byłam. Wieczór koncertowy - bardzo udany, a i zupełnie niezwykłe były wydarzenia pozakoncertowe.
Zaczęło się jeszcze w podróży, kiedy całą ekipą warszawską dosiedliśmy się do pociągu, którym jechał Kraków. "Epitafium dla Sergiusza Jesienina" i "Kuglarzy", które wtedy wykonaliśmy (pewnie w okolicach drugiej w nocy) długo nie zapomnimy ani my, ani te osoby, które jechały w przedziałach obok nas. Jednak przystaliśmy w którymś momencie na prośbę koduktora, schowaliśmy gitary i poszliśmy spać, żeby mieć jakiekolwiek siły na kolejne dni.
Bałtyk w Kołobrzegu jest zimny. Ale w tym roku był na tyle ciepły, że przy odrobinie samozaparcia i dobrej woli, nawet udało nam się popływać! Ten dzień przed festiwalem był rewelacyjny - nigdzie nam się nie spieszyło, robliśmy dokładnie to, na co mieliśmy ochotę, zupełnie odstresowani, zadowoleni z tego, że mamy obok siebie właśnie tych towarzyszy. Dojeżdżały kolejne osoby, ale noc spędziliśmy małą grupą na bilardzie, kończąc nad ranem piwem w kołobrzeskim rynku.
No dobrze, to teraz o samym festiwalu. Wszechobecny kryzys spowodował, że w tym roku nie udało się zorganizować dwóch koncertowych dni. Jednak "Noc pieśni żydowskiej" okazała się bardzo fajnym przedsięwzięciem. Zespół Reprezentacyjny zagrał na swoim poziomie - nikt raczej nie spodziewał się tu wielkich rewelacji. Natomiast rewelacją był dla mnie Tomasz Hernik, który zagrał z nimi. Od kilku już koncertów ZR nie mogę wyjść z podziwu dla tego muzyka. Akordeonista, puzonista, tworzący swoimi instrumentami i osobowością świetny klimat. Właściwie podczas występu ZR, cały czas obserwowałam Hernika.
Rewelacją był też spektakl "Dzieci Hioba" w reżyserii Jacka Bończyka. Utwory Kaczmarskiego, kilka Osieckiej, wszystko przeplatane utworami w jidysz, dzięki czemu mogliśmy usłyszeć melodię tego języka - to naprawdę robiło wrażenie i było po prostu piękne. Monumentalna "Kredka Kramsztyka" na długo zostanie w mojej głowie.
Nadzieja to też konkurs. Młodzi, nieobyci w większości przypadków ze sceną wykonawcy prezentują się dość wymagającej publiczności oraz jurorom, licząc na zdobycie całkiem fajnych nagród. Piotr Kajetan Matczuk, który zajął pierwsze miejsce oraz zdobył nagrodę publiczności, naprawdę na obie zasłużył. Miał zdecydowanie najlepszą muzykę autorską, a i tekst, do którego ją skompnował, jest fenomenalny - "Pieśń IX" Jana Kochanowskiego. Kajtek, doskonale znany już publiczności kołobrzeskiej, zaprezentował się w konkursie bardzo fajnie. Widać, że się rozwija, z każdym rokiem jest coraz lepszy, dojrzalszy. Choć do ideału jeszcze mu sporo brakuje.
Na imprezę po koncercie tej nocy nie miałam już sił. Ale kiedy zobaczyłam te wszystkie znajome twarze, ręce wyciągające gitary z pokrowców, tłum wychodzący z hali, żeby zostawić nas właściwie samych - przestałam przejmować się zmęczeniem. I tak dotrwaliśmy do 3-4 w nocy, po drodze włączając do "kuglarskiej" imprezy organizatorów i innych "oficjeli" festiwalowych (lub też odwrotnie - bo w sumie pomysł wyszedł od Jacka), a przy okazji opróżniając ich catering - no bo jakże to, żeby miał się zmarnować, zwłaszcza w kryzysie ;) Moglibyśmy siedzieć tak dłużej, ale rozsądek zdecydował, że trzeba choć chwilę pospać - wszak następnego dnia mecz!
No cóż - mecz... po raz pierwszy my - "Kuglarze", wielbiciele twórczości Kaczmarskiego, przegraliśmy z drużyną Fundacji im. Jacka Kaczmarskiego. Wynik 6:4 był po części wynikiem przypadków i zamieszania w obu polach karnych. Ale zacięcia nam nie brakowało, ani woli walki. A temperatura i ostre słońce dały nam się we znaki. Szybki prysznic, spacer na deptak, pyszna, świeża rybka, piwko - i trzeba było wracać, żeby zdążyć na spotkanie z Krzysztofem Gajdą, autorem biografii Jacka Kaczmarskiego "To moja droga". To było dobre, ciekawe spotkanie. A najśmieszniejsze były reakcje osób, które nie znały nas, nie znały Gajdy - po prostu przyszły na spotkanie z autorem książki. Dwie kobiety, które siedziały za mną były wielce oburzone, kiedy zaczęliśmy mówić do biografisty po imieniu. "Co oni sobie wyobrażają, tak do autora na ty mówić!" :)
Tego wieczoru Filip rzucił ot tak - że idzie na zachód słońca nad morze, na zachodnią plażę. I zrobiła się z tego całkiem fajna wyprawa. W te półtorej godziny, kiedy tak siedzieliśmy w siódemkę na plaży, patrzyliśmy w morze i w chmury, które były wyjątkowo piękne, Adam Leszek przygrywał nam "Sfinksa" i inne piosenki, również te związane z Powstaniem Warszawskim (to był 1 sierpnia) - w te właśnie półtorej godziny odpoczęłam najbardziej, nasycyłam duszę widokiem, doceniłam piękno świata, wykonałam w pamięci ćwiczenie estetyczne (jakich kolorów trzeba by użyć, żeby namalować to niebo, które teraz nade mną). Ale po powrocie do naszego internatu, oczywiście udaliśmy się na imprezę - ostatnią okołonadziejową imprezę w tym roku, na której też nie zabrakło sporu o Powstanie, grania na gitarach i opowieści wszelakiej treści.
To był krótki, szalenie intensywny, ale kapitalny wyjazd. I mówiąc szczerze - do dziś jeszcze po nim nie odpoczęłam. Ale warto, naprawdę warto było.
skomentuj (5)
Trzeci raz. Udaje mi się tak ustawić pracę i inne zobowiązania, żeby jechać. Na "Nadzieję" do Kołobrzegu.
Spotkać się z dawno nie widzianymi znajomymi. Pograć na gitarze, pośpiewać, a właściwie powydzierać się w niebogłosy z piosenkami Kaczmarskiego na ustach, bez żadnego zażenowania czy wyczuwania na sobie czyichś spojrzeń, że "znowu ten Kaczmarski". W grupie ludzi, którzy doskonale rozumieją tę fascynację, podzielają ją - i to jest ten element wspólny. Oczywiście nie jedyny, ale najważniejszy. A o innych rzeczach, które dzielą czy łączą, można dyskutować godzinami.
Cieszę się niesamowicie na ten wyjazd. Za pół godziny będę już w drodze. Potrzebuję odpoczynku. Od zgiełku Warszawy, od pracy, od stresu, od ciągłego skupienia, od telefonu służbowego, od komputera. Cieszę się tym bardziej, że nie zanosi się na żaden inny wyjazd w tym sezonie.
skomentuj (3)
Bałam się tego tygodnia. Zazwyczaj brak mi trochę wiary we własne siły i umiejętności, zwłaszcza, kiedy chodzi o rzeczy ważne i trudne. Ale taki już mam charakter, że podejmuję wyzwania, a kiedy staję z nimi oko w oko - nie pozwalam na to, żeby stres zapanował nade mną. Raczej staram się go uczynić swoim sprzymierzeńcem.
Potrzebowałam tego tygodnia.
Żeby przekonać się, że naprawdę można. Że nie ma się czego bać.
To był ciężki tydzień, ale pełen niesamowitych doznań i wydarzeń, które dodają skrzydeł na długo. Tydzień przełamywania kolejnych barier w sobie, przekraczania granic, stąpania po niepewnym gruncie - na początku trochę na palcach, ale już po trzech dniach pełnymi stopami, choć nadal z dużą dozą ostrożności.
Udowodniłam sobie, ale też udowodniłam ludziom dookoła, że potrafię. Poprzeczka więc teraz została podniesiona wysoko. Bardzo wysoko.
No cóż – mam kolejną granicę do przekroczenia.
"Dążymy do doskonałości".
I jeszcze jedno.
CURRAHEE!!
(nie mamy sobie równych)